O wąskim i szerokim myśleniu i konsekwencjach z niego wynikających

Niedawna wizyta w Opolu po raz kolejny przekonała mnie, że niestety mieszkam w miejscu zaniedbanym przez lokalne władze. Na głównej ulicy, szumnie zwanej deptakiem, chwasty zagłuszają posadzone niedawno drzewka. Spacerować też nie ma tam po co, bo co tu oglądać? Zamiast dawnych wystaw licznych sklepów odzieżowych, obuwniczych, delikatesów, księgarń etc., teraz można obejrzeć jedynie własne odbicie w szybie pustostanu, banku, parabanku, szmatekstu, sklepu za dwa lub cztery złote, ewentualnie apteki czy piekarni.

W całym mieście sterty śmieci z rzadka tylko uprzątane, doprawdy nie wiem według jakiej zasady. Tu ktoś zamiecie, tam zamiecie, albo i nie. Śmietniki na sąsiednim osiedlu notorycznie obstawione czym się da. A i zdarza się firmie dbającej o odbiór odpadów nie odebrać tychże z naszej kamienicy przez tydzień lub półtora.

Żadnych wiat przystanków poza częścią deptakową głównego traktu, tylko słup z godzinami odjazdów. Nawet na wsi jest przynajmniej ławeczka. Widać, do jakich wzorców równamy…

Gdyby tego było mało, to mamy jeszcze w mieście co najmniej dwa gruzowiska. O innych wolę już nawet nie wiedzieć. Te mi wystarczą, by ogarnął mnie smutek nie do opisania. Jedno znajduje się na tyłach ul. Styczyńskiego. Straszyły tu do niedawna budynki po dawnych zakładach przemysłowych. Straszyły, bo dzieciaki biegały po piętrach pozbawionych ścian. Przyjechał więc ciężki sprzęt i zamienił ruiny w dwie gigantyczne kopy gruzu. I tak jest chyba od roku albo i dłużej. Ciekawa jestem, czy trawa zdąży zagarnąć ten teren dla siebie, zanim ktoś podejmie jakieś działania rekultywacyjne lub budowlane. Drugie miejsce to sławna już rzeźnia miejska albo raczej to, co po niej pozostało. Centrum miasta szpeci od dobrych kilkunastu, jeśli nie już ponad dwudziestu lat ogromnych rozmiarów teren z licznymi ruinami budynków i rozpadającym się murem długości kilkuset metrów.

No, i specjalność naszej tzw. zieleni miejskiej. Firma, która ma ten szczególny rodzaj publicznego dobra pod swoją opieką, nie tylko nie dba o usunięcie wspomnianych już wyżej chwastów, ale najzwyczajniej w świecie oszpeca drzewostan na potęgę. I nie jest to kwestia ostatnich zmian w prawie, które otwarły furtkę do takiego ekologicznego wandalizmu. Kikuty tworzy się tu od lat. Widać, jakie poczucie estetyki mają lokalne władze, że pozwalają na taki stan. Ktoś przecież wybiera taką, a nie inną firmę, ktoś widzi, co ona wyczynia i pozwala jej dalej realizować obłędne pomysły kaleczenia zielonego krajobrazu miasta.

Jednym słowem, widać, że to miasto nie ma gospodarza, bo prawdziwy gospodarz dba o swoje obejście! Może mieć je biedne, skromne, ale czyste, zadbane, urządzone z głową, ze smakiem, tak, by służyło kolejnym pokoleniom. Prawdziwy gospodarz wie, że po nim będą mieszkać inni. Świat nie zaczyna i nie kończy się na nim!

Wracając zatem do Opola. Tam gospodarza widać w każdym zaułku. Ład, porządek, czystość, wszystko razem dobrze pomyślane i zharmonizowane. A co rusz zalewa ich przecież Odra. Pamiętam, gdy byłam tam przed laty, chyba po powodzi z 1997 roku, widziałam ciemne linie na wysokości pierwszego piętra. Dziś nic już nie udało mi się znaleźć. Co więcej, byłam dwa lata temu w mieszkaniu, które zalane było po sufit. Ani w nim, ani na klatce schodowej, ani w otoczeniu nie widziałam blizn po tamtych wydarzeniach. Jedyne ślady pozostały w ludzkiej pamięci, o czym moja ówczesna rozmówczyni – prof. Dorota Simonides – napisała w swojej książce Szczęście w garści. Z familoka w szeroki świat.

O pięknie krajobrazu, o estetyce miasta, o tym, czy jest ono zapadłą dziurą czy szerokim światem, nie decyduje zatem jego położenie w centrum kulturalnym, geograficznym czy jakimkolwiek innym (w rzeczywistości wszyscy i tak jesteśmy z prowincji i nie ma w tym żadnej ujmy, to po prostu fakt i tyle), ale decyduje rodzaj prezentowanego przez władze lokalne, a co za tym idzie, także przez ludność, która te władze wybiera (!), myślenia. Gdy mamy bardzo wąziutki horyzont – jedna, dwie kadencje, moje koryto, moje podwórko – wówczas powstaje zapadła dziura. Gdy myślenie jest szerokie, otwarte, niekrótkowzroczne, niezaściankowe, to wtedy i wieś będzie szerokim światem.

Ten proces dotyczy nie tylko miast, ale i wszelkich instytucji nauki, kultury etc. Refleksja ta nasunęła mi się szczególnie podczas spaceru po wzgórzu uniwersyteckim w Opolu. To miejsce nie powstałoby, gdyby nie szerokie myślenie prof. Stanisława S. Niciei, który ogromnym wysiłkiem uczynił ten zakątek prawdziwie uniwersyteckim. Dwa lata temu rozmawialiśmy o tym na łamach „Śląska”.

Wracając do rozważań municypalnych. Na dobrą sprawę wszystkie metropolie zaczynały od tego samego punktu. Nie każda jednak plamka na mapie wyszła poza ów początkowy etap. Warto zadać sobie pytanie, dlaczego jednym się udało, innym nie, jednym się chciało, innym nie?! I nie chodzi o to, że świat ma mieć same metropolie. To byłoby nie tylko nudne, ale i brzydkie i niebezpieczne. Dobrze by było natomiast, gdyby wszystkie zakątki na świecie były po prostu dobrym miejscem do życia, bo po to je zbudowano.

Moje miasto przestało być takim kilka lat temu. Może dlatego w takim tempie pustoszeje…? A może skończyła się era sentymentów, może silniejszy od przywiązania do ziemi przodków, ziemi-kołyski stał się trend wędrówek migracyjnych w poszukiwaniu własnego, dobrego miejsca do życia…? Niestety i tu pojawia się kolejny problem, którym jest lęk przed migrantami. Jak odróżnić tych, co mają dobre zamiary, będą dobrymi sąsiadami i kolegami w pracy, od tych, co sieją zło? Jak przekonać miejscowych, że nie należy nas wylewać z kąpielą? Czy sami już kogoś w ten sposób nie wylaliśmy z naszej balii, naznaczając piętnem gorola?

Świat stał się o wiele bardziej skomplikowany, wymaga więc coraz głębszej i subtelniejszej refleksji. A i o tę coraz trudniej…

Wszystko przypomina bluszcz

Recenzja drukiem ukaże się w kwartalniku społeczno-kulturalnym Dolnego Powiśla i Żuław „Prowincja”, co nastąpi, mam nadzieję, w tym roku.

Lekturze tomiku poezji Pierwsze wspomnienie wielkiego głodu Małgorzaty Południak towarzyszyła mi stale myśl, od czego autorka rozpoczyna swoje fantasmagoryczne, pełne zwodniczych wizji i zaskakujących zwrotów opowieści. Co kaleczy jej oko, ucho, serce jako pierwsze, by potem drążyć tunel do coraz głębszych pokładów myśli, znaczeń, obrazów? I dopiero w wierszu Metamorficzność odnalazłam cząstkową odpowiedź. Zrozumiałam, że „[...] Wszystko przypomina bluszcz. ǀ Rozgałęzione w nieskończoność perikariony, wahanie” (s. 45).

Nie ma zatem żadnego zaczynu, choć równocześnie poetka w utworze Od początku (s. 7) wskazuje na jakiś przedtakt, prolog swej lirycznej i zarazem życiowej wędrówki, jednak sama poezja nie ma progu – ani otwierającego, ani zamykającego. Przypomina raczej bluszcz, który rozrasta się, płoży wokół, obejmując swoją obecnością wszystkie zakamarki naszego życia i umysłu; staje się rozbudowaną siecią na podobieństwo układu nerwowego i analogicznie jak on gromadzi w sobie rozmaite odciski – bibelotów, pejzaży, wspomnień, książek, wierszy, notatek, listów, zdjęć, najdrobniejszych szczegółów dnia codziennego, potraw, zapachów, odczuć.

Z tego powstają wiersze, w których „[...] Mnóstwo [...] ǀ nierozpoznanego piękna, odwróconej perspektywy. Przewrotnych ǀ pojęć [...]” (s. 14); powstają wiersze pełne wahania, niepokoju, poszukiwań sensów; wiersze, które próbują opowiedzieć świat i siebie po swojemu, własnym językiem, niemal osobnym, który niczego nie ułatwia odbiorcy. Inaczej jednak poetka nie potrafi: „Gdybym pisała o żabkach albo paniach w odpowiednim wieku, ǀ byłabym jak miedź w kieszeni. Ogromnie przygnębiona. ǀ Wytarta, zarysowana z każdej strony [...]” (s. 48). Autorka ucieka przed dosłownością, prostymi asocjacjami i sentymentalizmem, o czym podmiot liryczny przekonuje nas wyznaniem: „[...] Nie jestem od tego, by gładko przechodzić przez sny [...]” (s. 48).

I właśnie sen jest kolejnym pojęciem, jakie pojawia się w czytelniku Pierwszego wspomnienia... Już od inicjalnego utworu towarzyszyło mi przekonanie, że poetka zaprasza mnie do wspólnego śnienia, że wszystko, co napływa pod jej pióro, ale także jej własne realne życie, z którego wypłynęły liryczne rzeki, jest snem, tęsknotą, rojeniem, fantazją: „[...] jakbyśmy w półśnie dryfowali pomiędzy cierpliwością a echem migotania przedsionków [...]” (s. 7).

Poezją Południak rządzi zatem Morfeusz. A skoro „[...] sny przenoszą z miejsca na miejsce, ǀ byle w nich nie dorosnąć [...]” (s. 8), to i wiersze Małgorzaty zaskakują ciągłym przepływem narracji od wizji do wizji, od barwy do barwy, od skojarzenia do skojarzenia, od sceny do sceny, często bez jakiejkolwiek logiki albo wbrew rozsądkowi i zimnej kalkulacji, które dobre są w świecie ekonomii, ale nie słowa. I cała sztuka w tym, by poddać się temu przenoszeniu jak dziecko, być gotowym na nieracjonalność i rozwiązania zupełnie zaskakujące lub nawet ich brak. W końcu, jak głosi jeden z tytułów, Nie wszystko musi być zrozumiałe (s. 46).

Myliłby się jednak ten, kto przypuszczałby, że lektura Pierwszego wspomnienia…. to doświadczenie przyjemne, sielankowe, dające odpoczynek od wyczerpującej jawy. Południak zaprasza nas raczej do snów, które budzą niepokój, a nawet wywołują burzę myśli, do snów, w których bezlitośnie rozlicza współczesność. „Nic dla was. Jedynie więcej złudzeń, że będzie dobrze, ǀ zanim się obudzę [...] ǀ [...] Nie będzie miło [...] ǀ Rozerwie komuś rękę, ramiona, może nogi. Zemsta ǀ za śmierć [...]” (s. 12). Jej wiersze wypominają kłamstwa i manipulacje: „[...] Jedni nie mówią prawdy, inni zamykają usta cukierkami [...]” (s. 39). W Ringu zaś podmiot liryczny konstatuje, że nie ma innego stanu jak tylko głód: „[...] Ludzie głodują albo kłamią [...]” (s. 59). Nie ma zatem sytych, są tylko tacy, którzy ich udają. W rzeczywistości zaś wszyscy chodzimy głodni – jeśli nie wprost chleba, to czyjejś uwagi, dobrego słowa, pochwał, miłości, sukcesów. I albo umieramy, jak niegdyś Irlandczycy podczas zarazy ziemniaczanej, albo uciekamy, jak ci, co w połowie XIX wieku emigrowali z Zielonej Wyspy do Ameryki, a „[...] Ocean oddzielił przerażonych od słabych [...]” (s. 18).

Diagnozy Południak są bezkompromisowe. Człowiek współczesny – lub jak kto woli: ponowoczesny – ukręcił bicz na samego siebie. W Chwilach podmiot liryczny stwierdza bowiem: „[...] Można nas zabić. Bez zająknięcia. ǀ Za sprawą wymyślnych bajek, obcych nazw, akcentu” (s. 63). Daliśmy sobie wmówić jurydycznym językiem dyplomatyczne bajki o tym, że powinniśmy być gotowi do wszelkich poświęceń w imię jakiegoś wyimaginowanego wspólnego dobra. W imię tego dobra tysiące giną w zamachach, a miliony żyją w niepewności. Czym to się różni od czasów, gdy kamienie ciążyły „[...] na połamanych kościach [...]” (s. 8), by mógł stanąć okazały zamek? Nie różni się zasadniczo niczym, dlatego dla podtrzymania pozorów maluje się temu współczesnemu niewolnikowi jakąś ikonę na murze albo stawia pomnik narodowego czy lokalnego bohatera. I jak w Wyborze opowiadań, „[...] Murale z Yeatsem podtrzymują hrabstwo na duchu [...]”, „[...] w powietrzu czuć celtycki patos [...]” (s. 8), a nas nadal można zabijać bez zająknięcia.

Poezja Małgorzaty to również świadectwo trudu poznawania obcego języka, literatury, sentencji, krajobrazów, które nigdy nie staną się w pełni częścią imigranta, na zawsze bowiem pozostanie „[...] codzienny opór” (s. 9) do pokonania. I chociaż tomik Pierwsze wspomnienie… wchodzi głęboko w duszę Irlandii, a podmiot liryczny wykonał ogromny wysiłek, by zrozumieć Zieloną Wyspę: „[...] Szukałam potwierdzenia w opowieściach o bagnach, ǀ zawiłości deszczu, liczyłam samogłoski u Heaneya [...]” (s. 55); to jednak czytelnik wyczuwa ostatecznie nutę porażki w wyznaniu: „[...] Słowa jak upiory, kładą cienie, zarządzają oddechami ǀ gdzieś w środku nie mojej wyspy [...]. ǀ Zastanawiam się, co możemy tu zostawić, rozsupłać. Spalić” (s. 19); a w wierszu Kilka ostrych krzyków natrafia na wyrzut pod adresem miejscowych poetów: „[...] Nie wiedzą, że w dusznym powietrzu ustawiam w sobie zapory, ǀ nie rozumiem ich strapień i wspomnień z Ulster [...]” (s. 43).

To, co jeszcze przyciągnęło moją uwagę w poezji Południak, to nawracające dwa motywy. Po pierwsze, spodobał mi się sposób, w jaki mówi o starości – zarówno jako takiej, jak i swojej własnej. Oczywiście w tym drugim przypadku jest pewna przesada, bo o jakiej starości może być mowa po czterdziestce, ale rozumiem, że można już wówczas dostrzec pierwsze subtelne jej oznaki, o czym zresztą autorka pięknie pisze w Bibelotach: „[...] Jesień życia zapowiada się zręcznie [...]” (s. 58). Poetka nie jest jednak naiwna i zauważa też mankamenty wieczoru życia. Nie histeryzuje natomiast z ich powodu, ale ze spokojem stwierdza: „[...] Gdybym potrafiła zrozumieć wodę, która wypełnia ǀ ciało. Nie musiałabym więdnąć [...]” (s. 20). Ot, tyle. Takie proste, a jakie głębokie! I drugie spostrzeżenie: „[...] wsłuchaj się w zadyszkę ǀ starych ludzi. Ciągną w przepaść legendy i tobołki [...]” (s. 31). Starość dyszy, bo ciągnie za sobą ogromny bagaż mitów, wspomnień, opowieści, tobołków. Ten balast ponad siły staje się też przyczyną śmierci, bo ściąga w przepaść. Może zatem, gdybyśmy sobie odpuścili, gdybyśmy uwolnili ręce i pamięć, żylibyśmy wiecznie?

Niestety ludzkość nie tylko nie odpuszcza sobie, ale dotąd nie odkryła też tajemnicy wody, dlatego nadal wszyscy „[...] wysychamy od pierwszego krzyku [...]” (s. 64). I znowu prosty obraz, ale jakże trafna metafora – tym razem śmierci. Umieramy od chwili narodzin, właściwie od chwili poczęcia. Po co zatem przychodzimy na ten świat i skąd? Czy możliwe jest wyjście poza tę ograniczoną kondycję? Czym jest moje istnienie? Czym ono się objawia? Oto drugi nawracający motyw, który Południak przetwarza na wiele rozmaitych sposobów.

Tę opowieść o życiu i śmierci podmiot liryczny rozpoczyna od dosadnego i dramatycznego w swym wydźwięku wyznania: „Trochę trwało zanim zrozumiałam, że jestem ǀ znikąd [...]” (s. 13). Wszystko, co podmiot wie o sobie, cała wiedza, jaką posiada, „[...] ciężar ǀ plecaka [...]” (s. 13), jaki niesie w sercu i w głowie, pozwalają mu ostatecznie stwierdzić, że jest znikąd. Nie ma początku, korzenia, źródła. Po prostu jest tu i teraz. I tyle. Aby nie trwać jednak tylko w takim tu-byciu, które może nie mieć smaku, poetka próbuje wiele razy „[...] przejść przez siebie [...]” (s. 49), „[...] wyjść poza siebie, ale nikt nie wie, jak to się robi [...]” (s. 29), więc i jej się to ostatecznie nie udaje, dlatego proces samopoznania doprowadza ją do jeszcze bardziej radykalnego stwierdzenia: „[...] I jestem, i nigdzie mnie nie ma [...]” (s. 49).

Wtedy przypomina się czytelnikowi, że przecież śni razem z podmiotem lirycznym, a w marzeniu wszystko jest możliwe, pojęcia są przewrotne, a perspektywy odwrócone, więc nie należy tak do końca wierzyć poetyckim wyznaniom. One mogą kłamać, mamić, bo „ [...] Co we śnie jest snem, a co ucieczką [...]” (s. 60)? Kto mi odpowie?

Coś o tym dylemacie wiedzą bohaterowie wiersza Po północy, którzy przestrzegają nas, by nie spędzać zbyt wiele czasu na roztrząsaniu błędów w poezji, na dyskusji o podziale słów, na analizie podtekstów i kontekstów, bo z powodu takich gorączkowych poszukiwań nasze życie może nagle przejść „[...] do wnętrza dramatu [...]” (s. 52). A tymczasem „[...] może na wyspie wysp nie ma haczyków [...]” (s. 52)? Po co więc te kłótnie o znaczenie, sens, interpretację? Może lepiej oddać się zwykłym dniom nastawianym budzikiem? Zabarykadować się świeżym drewnem, zapachem cedru i szumem pszczół, póki nie musimy użyźniać gleby jak dziesiątki wielkich i małych poetów przed nami?

Małgorzata Południak: Pierwsze wspomnienie wielkiego głodu. Wydawnictwo FORMA. Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy. Szczecin, Bezrzecze 2017, ss. 69.

Pogranicze jest w nas. Rozmowa z Krzysztofem Czyżewskim i takie tam wakacyjne rozważania

Wakacje to dziwny czas. Zawsze się coś wydarzy nieprzewidzianego. Na przykład trzy lata temu o mało nie przeszłam na tamtą stronę świata. Bardzo szybko się okazało, po co byłam potrzebna wśród żywych… Rok temu z trzecim stopniem oparzenia oglądałam świat przez szpitalne okno…

Ale jest też w wakacjach jakieś prawo falowania. Dwa lata temu nie było żadnego wypadku, za to spędziłam ten czas bardzo intensywnie, bo przygotowywałam aż trzy duże rozmowy dla „Śląska” – z prof. Stanisławem S. Nicieją, z Henrykiem Wańkiem i z Krzysztofem Czyżewskim. W tym roku też, odpukać, żadnego nieszczęścia, ale jakoś wolniej pracuję niż dwa lata temu czy w ubiegłym roku, kiedy dopiero przymus leżenia w szpitalu odciął mnie od opracowywania tematu powojennego życia literackiego w Chorzowie. Może dlatego w tym roku do pracy nad hasłem encyklopedycznym podchodzę ostrożniej, nie jak sprinter, ale raczej długodystansowiec. Mam już dosyć wyścigów, które kończą się dyskwalifikacją po dobiegnięciu na metę, bo takie jest widzimisię sędziego, zmieniającego dowolnie regulamin w trakcie zawodów. Czy więc będę biegła szybko czy wolno, będzie, co ma być. Byle do końca nie było żadnych wypadków.

Smakuję więc po kawałku, co mogę i ile się da. Piekę serniki, brownie, tarty czekoladowe, ciasteczka korzenne i maślane, a w międzyczasie zastanawiam się nad polskojęzyczną literaturą w latach 1922-1939 na Górnym Śląsku. Rozmyślam nad jej pęknięciami, skomplikowanymi zależnościami. Po głowie stale biegają mi nazwiska z tamtej epoki, próbuję zrozumieć, co było istotą lat międzywojennych w literaturze regionu. Na ile odcisnęli w niej piętno przyjezdni, na ile tworzyli ją sami Ślązacy. Szukam rdzenia, wokół którego owinięto otulinę. Może dlatego w wolnym czasie powróciłam też do rozmowy z Krzysztofem Czyżewskim, którą przypominam poniżej. Może wszyscy mamy swoisty kulturowy borderline, nosimy w sobie pogranicze, kołysząc się to na jedną, to na drugą stronę linii granicznej, a dostrzegamy ten fakt tylko w tak specyficznych miejscach jak Śląsk? Może za dużo już tego szczycenia się narożnikiem, bo to hasło wytarło się i nic ze sobą nie niesie, jeśli jest tylko powtarzane niczym mantra za Szramkiem?

Nie wiem, jakie znajdę odpowiedzi i czy w ogóle znajdę. Póki co, czytam dawną rozmowę, piekę sernik i ciasteczka dla szwagrostwa i liczę, że dotrwam bez urazów, oparzeń, złamań i czego tam jeszcze do końca nie tylko wakacji, ale i tego ciążącego mi hasła encyklopedycznego.

(Rozmowa w druku ukazała się w 2015 roku, w 10. numerze „Śląska”)

„Biada temu, kto wyrusza i nie powraca”. Osobiście wracam na sejneńskie pogranicze po raz trzeci, bo tutaj trudno nie przyjeżdżać wielokrotnie. Co z pana perspektywy jako mieszkańca Sejneńszczyzny, ale i przyjezdnego najsilniej przyciąga do tego miejsca?

Na pewno pogranicze. To było coś, co zainicjowało naszą podróż na Wschód. I tak było od samego początku. Przyjeżdżałem tu z żoną jeszcze wówczas, gdy pracowaliśmy w Gardzienicach. Pierwsze wyprawy były do Litwinów, staroobrzędowców. To byli pierwsi starcy, z którymi połączyły nas silne więzi. A z powrotami to jest tak, że gdy otrzyma się w darze coś bardzo cennego, płynącego z serca, to tym darem związuje się ludzi. Jest jakaś moc w samym akcie darowania, że on przywołuje powrót, tak jak przywołuje oddanie. Człowiek czuje się zobowiązany do odwzajemnienia daru. Jeżeli tego nie czyni, to nie zazna w jakiś sposób spokoju. Powraca się zatem do miejsc, które nas obdarowały. Nas lub naszych przodków. Myślę, że jesteśmy w świecie ze sobą powiązani niewidzialnymi nićmi brania i oddawania, przyjmowania i zwracania, powrotów i wyjazdów.

Można oczywiście dar odrzucić, zdystansować się do niego. Przyjęcie go jest bowiem bardzo niebezpieczne. Mówi o tym w pewnym sensie mit o Argonautach i Medei, pełen tragicznych wydarzeń następujących po tym, jak prawo xeni – gościnności zostało pogwałcone.

Rozmawiamy w pobliżu dworku, który niegdyś należał do rodziny matki Czesława Miłosza. Jakie miejsce zajmowała Krasnogruda w duchowej geografii poety, na jego mapie Miejsca?

Niedaleko stąd, nad Czarną Hańczą, spotkaliśmy się po raz pierwszy. To było niespodziewane, gdyż Miłosz przybył wówczas do Polski po raz drugi z emigracji, ale ta wizyta nie była oficjalna tak jak pierwsza w 1980 roku, której towarzyszyły spotkania z liderami Solidarności w Gdańsku czy honorowy doktorat KUL-u. We wrześniu 1989 roku nikt się go tutaj nie spodziewał. Ten pobyt miał zupełnie inny charakter – osobisty. Krasnogruda była dla niego miejscem bardzo intymnym, dlatego ukrył swój przyjazd przed dziennikarzami.

Zawsze nękała mnie tajemnica silnego związku Miłosza z Krasnogrudą. Oczywiście jest wątek rodzinny. Tutaj mieszkały jego ukochane ciotki ze strony mamy – Nina i Gabriela Kunatówny. Gdybyśmy spojrzeli na mapę duchową Miłosza, to jego biegun męski jest w Szetejniach – miejscu, w którym się urodził, zdominowanym przez dziadka Zygmunta. Natomiast Krasnogruda jest żeńskim biegunem, gdyż tutaj był dom rodziny ukochanej matki Weroniki, tutaj mieszkały ciotki i w ogóle dominuje w tym miejscu kobieca siła. To nie mężczyźni prowadzili krasnogrudzki majątek, ale właśnie kobiety. Dla mnie Krasnogruda ma silny pierwiastek żeński i myślę, że był on magnesem przyciągającym Miłosza. Matka była dla niego powierniczką największych tajemnic i młodzieńczych przysiąg, o czym pisze w wierszu jej poświęconym. Wydaje mi się, że te marzenia i tajemnice, o których jej mówił, są gdzieś tutaj zakopane.

Oczywiście kobiety to także pierwsze miłosne wtajemniczenia. To właśnie tu wydarzył się dramat rozczarowania. Zakochał się w starszej pensjonariuszce, która złożyła mu obietnicę, ale pewnego dnia zobaczył wyskakującego nad ranem przez jej okno mężczyznę. Cały dzień pływał w jeziorze Hołny, nabawiając się szmerów serca. Wieczorem, gdy w salonie grała kapela i wybranka bawiła się ze swoim młodym adoratorem, on postawił na stole w swoim pokoju na strychu połówkę czystej i wyjął mały pistolet bębenkowy, do którego włożył kilka naboi, pozostawiając w magazynku kilka miejsc pustych. Następnie przystawił broń do skroni i pociągnął za spust. Niby budząca uśmiech młodzieńcza „rosyjska ruletka”, ale – jak wspominał po latach – od takich „zabaw” się umiera.

Jednak nie to jest największą tajemnicą tego miejsca. Myślę, że jest coś ważniejszego. Miłosz wspomina o tym w wierszu Powrót, który napisał w Krasnogrudzie w 1989 roku, kiedy się spotkaliśmy. Pisze w nim o młodzianku, którego prawdy nie chce się wyrzec i który patrzy na świat dorosłych z pewnego dystansu. Zdradzili oni bowiem młodzieńcze marzenia i teraz zdają się mówić: poczekaj, ty się w tej chwili buntujesz, ale dorośniesz i wtedy będziesz taki jak my. I to „nie, nie będę taki jak wy”, które przywołał w wierszu, zostało mu na całe życie. Właściwie spotkałem wówczas starego człowieka, który spowiadał się z tej dziecięcej przysięgi, z tego, czy ją dochował. I tym była w istocie Krasnogruda dla niego – tajemnicą, pytaniem, na ile zachował w sobie dziecko.

W Linii powrotu pisze pan, że w dziedzinie tzw. dialogu międzykulturowego mamy obecnie przerost refleksji teoretycznej. Postawił pan zatem na praktykę dialogu i powstał ośrodek. Może pan przybliżyć, jaka jest sejneńsko-krasnogrudzka praxis?

Ośrodek to jest dobre słowo, bo ośrodek to nie jest projekt. To jest założenie życia, stworzenie jakiejś organizacji, która ze swej natury powinna być nastawiona na długie trwanie. To jest coś, co Miłosz od początku nam podpowiadał. Interesowało go, czy nie stanie się to dla nas przelotną przygodą, jak często zdarza się artystom. U początków naszej działalności było więc takie przyłożenie do rzeczywistości, które było obliczone na długie trwanie. Towarzyszyła nam myśl: a weźmy to na poważnie. Skoro się zwróciliśmy z czymś do ludzi, zapytaliśmy o coś, to dotknęliśmy jakiejś powierzchni, ale te losy mogą się przecież bardziej zaplatać, dlatego możemy iść dalej w głąb prawd świata, w który chcemy się zanurzyć. Takie myślenie towarzyszyło nam u początków istnienia „Pogranicza”. Naprawdę nie chcieliśmy „przejechać” Sejn jako trupa teatralna z paroma przedstawieniami. Przyjechaliśmy tu przecież ze sztuką Tętent wg Lorki, po jej wystawieniu mogliśmy zatem jechać dalej, ale wydawało się nam to sztuczne. Nie tego potrzebowaliśmy. Komunizm upadł, pora by wyjść z artystycznego podziemia. Wybraliśmy właśnie to miejsce ze względu na pogranicze, Miłosza, bliskość Wilna, cudem ocalony kwartał żydowski dawnego sztetla. Jeden z nas – Wiesław Szumiński – był stąd. Reszta zespołu była z Kaszub, Poznania, Warszawy. Pomyśleliśmy wówczas: spróbujmy inaczej, zostańmy. To był rewolucyjny gest, kiedy postanowiliśmy, że zostajemy i zrobimy wszystko, aby zbudować ośrodek. On jest czymś, co trzyma w miejscu. Po 1989 roku nie chcieliśmy być już niezależni, ale współzależni. Chcieliśmy być częścią życia nowej Polski. Nie chcieliśmy kolejnej ucieczki, niszy, dlatego powstał ośrodek, który jest jednostką budżetową województwa. Przestaliśmy być teatrem, a staliśmy się animatorami kultury tej ziemi i tej społeczności. Musieliśmy nauczyć się zupełnie nowych form pracy. Odezwała się w nas żyłka organicznikowska, a jednocześnie to nowe wyzwanie budziło twórczy niepokój w naszych duszach głodnych nowej sztuki.

W Rodzinnej Europie Miłosz zapisał, że „nie ma wspólnej miary tam, gdzie nie tak samo człowiek pojmuje swoje miejsce w świecie”. Każdy pojmuje je zaś inaczej, więc nie ma wspólnej miary nawet dla dwóch najbliższych osób. Pomiędzy człowiekiem i człowiekiem zawsze jest więc pogranicze?

Myślę, że nawet w nas samych istnieje pogranicze. Ja odczuwam je bardzo mocno. Słyszę na przykład często wewnętrzny głos, który sprzeciwia się temu, co rozum racjonalnie sobie układa. I stąd biorą się wszystkie inne pogranicza, dlatego są one takie fascynujące. Odnajdujemy Innego w innej kulturze, na drugim brzegu, ale tak naprawdę on jest w nas samych. Nie bolałby przecież tak bardzo, gdyby nie siedział w środku i gdyby nie dotykał jakiejś prawdy o nas samych, że nie potrafimy być do końca sobą, żyjąc na jednym brzegu, nie przekraczając progu, nie ruszając w świat, nie wychodząc na spotkanie. To przekroczenie brzegu jest zatem konieczne. Wszelkie ideologie korzystają zaś z iluzji, która mówi, że bezpieczni jesteśmy w zamkniętym własnym świecie, a współistnienia osobnych kultur i ludzi są dla nas groźne, więcej – obce naturze człowieka. Ideologie są zawsze czymś narzuconym, dlatego zamknięcie się przed Innym także jest czymś narzuconym człowiekowi.

Oczywiście bywa autentyczny i taki czas, że pragniemy zamknięcia, bo ucierpieliśmy wskutek rozmaitych konfliktów, rozbiliśmy sobie głowę, przechodząc różne mosty, straciliśmy bliskich w sąsiedzkim konflikcie. Ale to nie jest tak, że czas odosobnienia i rozdzielenia, w którym potrzebujemy się zanurzyć zwłaszcza po traumatycznych doświadczeniach,  którego potrzebujemy na odrodzenie tożsamości i odbudowanie domu, jest tym ostatecznym czasem, w którym chcielibyśmy pozostać na zawsze. Przekonanie o jego ostateczności jest właśnie iluzją. W moim przekonaniu lepiej jest uczyć się sztuki organicznego pogranicza, które oczywiście nigdy nie będzie wolne od konfliktów. Jednak wypracowanie w sobie umiejętności współżycia pomoże nam w prowadzeniu harmonijnej koegzystencji, w zachowaniu balansu, w spełnieniu życia, w pełnym odnalezieniu siebie.

Często jako ludzie pogranicza jesteśmy posądzani o utopijność i naiwną wiarę w sens współistnienia z Innym. W nas nie ma naiwnej wiary w to, że zbudowaliśmy w Sejnach most i on jest raz na zawsze. Czasami ktoś zwraca się do mnie z pytaniem: czy rozwiązaliśmy już konflikty w Sejnach albo przezwyciężyliśmy stereotypy? No, nie. Ta praca nie zna formy czasu przeszłego dokonanego.

A może pogranicze pomiędzy człowiekiem i człowiekiem to wina języka? Elias Canetti zapisał przecież, że „wprawdzie ludzie mówią do siebie, ale się nie rozumieją; (…) ich słowa są pchnięciami odbijającymi się od słów innych; (…) nie ma większej iluzji nad mniemanie, iż język jest środkiem komunikacji”.

Iluzją byłoby, gdybyśmy ujęli to w taki absolutystyczny, idealistyczny sposób, że oto jest doskonała komunikacja dzięki językowi. Takiego stanu nie ma, jak nie ma raz zbudowanego mostu. Natomiast dla mnie utopia to jest jednak coś realnego, to nie jest wydmuszka. Paul Celan zapisywał to słowo u-topia, odróżniając je od słowa metopia, które w grece oznacza ‘nie-miejsce’, czyli coś absolutnie nierealnego. Otóż, utopia jest czymś realnym, do czego zmierzamy, może nieosiągalnym, ale ku czemu jesteśmy w drodze. O tę drogę toczy się walka. Nie możemy z niej zejść. To, że nie jesteśmy w stanie dotrzeć do idealnego języka komunikacji, nie oznacza, że musimy z dążenia do niego zrezygnować. Powinniśmy nieustannie poszukiwać w nim możliwości zawiązujących tkankę łączną, o której mówił Miłosz. Nigdy nie będzie to ostatecznie doskonałe, ale bądźmy w drodze ku temu. Razem z Canettim.

Co dało Europie Wschodniej, że zajrzała „w głąb piekieł dwudziestego stulecia”? Czy nie stało się to przyczyną jeszcze głębszego i trwalszego pęknięcia pomiędzy Wschodem i Zachodem? I czy to nie jest najtrudniejsze pogranicze: Wschód-Zachód?

Dla nas jest to zawsze realne pogranicze, chociaż trudno jest nam określić, gdzie Wschód się zaczyna. To jest niekończąca się dyskusja. Ja jednak dzisiaj obserwuję pogranicze Północ-Południe jako silną dominantę we współczesnym świecie. Wydaje mi się, że coraz bardziej dominują nie wojny narodowościowe, a społeczno-kulturowe. W związku z tym kwestia bogaci-biedni, wykluczeni-niewykluczeni nie musi wyłącznie pokrywać się z linią Wschód-Zachód, jest też w linii Północ-Południe. Myślę, że żyjemy dzisiaj w bardzo ważnym momencie w tym sensie, że nie możemy poszukiwać w przeszłości jakichś modeli do przeszczepienia, ale musimy iść do przodu, wypracować nowy paradygmat kulturowy. Jest on ustawiony pomiędzy dwoma silnymi biegunami – biegunem otwartości, budowania społeczeństwa otwartego, poszerzania skali praw człowieka i równości społecznej oraz biegunem tęsknoty za zakorzenieniem, poszukiwania własnego miejsca w świecie, bezpiecznego gniazda. Zbudowanie spoiwa, dzięki któremu oba te strumienie by się połączyły, nie jest rzeczą łatwą. Za nami są różne nacjonalizmy, okres budowania państw narodowych, tworzenia odrębnych narodowych mitologii. To było i jest w dalszym ciągu obecne, także w języku i kulturze. Z drugiej strony mieliśmy wzorzec kosmopolityczny, który pomagał się odnaleźć w świecie w zupełnie przeciwny sposób, często poprzez gwałtowne zerwanie z własnymi korzeniami. Wyjazd ze wsi do miast, budowanie wielkich metropolii rozbudzało powstawanie procesów asymilacyjnych. Oba te modele są obecnie, według mnie, na wyczerpaniu.

To, w czym się odnajdujemy w naszej pracy w „Pograniczu”, to jest próba odpowiedzi na pytanie, jak jest możliwe w praktyce zaspokojenie obu tych tęsknot. I to jest pytanie o tworzenie nowego paradygmatu kultury. Dla mnie bowiem kultura to jest sztuka życia, to jest coś, co buduje nam dach nad głową w takiej rzeczywistości, jaka ona jest. Potrzebujemy kultury, czyli oswojenia, ukultywowania tego miejsca, które nas uwiera. Musimy tę nową rzeczywistość na nowo umościć. Nie mamy oczywiście gotowych odpowiedzi, jak powinno to wyglądać, ale po to zapraszamy tu ludzi z różnych pograniczy świata, po to mamy Akademię Budowniczych Mostów w Krasnogrudzie, po to robimy szkoły pogranicza i różnego rodzaju warsztaty i laboratoria, aby wsłuchiwać się w głosy innych i na żywym ciele tkanki wspólnoty praktykować nowe rozwiązania.

Mówił pan o tym, że most nie jest zbudowany raz na zawsze. Może zatem w naturę pogranicza wpisany jest fatalizm? Może jest to ziemia w stanie permanentnego tworzenia i rozpadu?

Oczywiście, że istnieje i taki scenariusz, ale wiele zależy od naszej postawy wobec rzeczywistości. Ona stanie się fatalistyczna wtedy, kiedy będziemy próbowali skroić ją na miarę naszych lęków i frustracji, od których nikt z nas nie jest wolny. Albo wtedy, kiedy ją odrzucimy, znielubimy. Natomiast jeśli ten żywioł pogranicza pokocha się i zrozumie jako tkankę życia, to można w nim naprawdę odnaleźć wielki potencjał twórczy i rozwojowy. Stanie się on wtedy agorą pogranicza, Majdanem, czarsziją. Oczywiście to wymaga czasu. Wiele lat minęło, zanim wypracowaliśmy pozytywne rozumienie słowa pogranicze. Dziś wielu ludzi w naszym regionie mówi już z dumą, że jest człowiekiem pogranicza. W ubiegłym stuleciu taki mieszaniec, mający splątane korzenie i mówiący różnymi językami, był postrzegany jak ktoś niebezpieczny, bo tak nam wmawiały rozmaite ideologie. Minęło jednak kilka dekad i tamte ideologie zostały skompromitowane, a pozostała filozofia dialogu Martina Bubera, do której powracamy, choć kiedyś uważano go za oderwanego od życia szaleńca, który w czasie rosnącego w siłę faszyzmu pisał w Niemczech słynny esej Ja i Ty.

W Linii powrotu pisze pan, że „tożsamość (…) rodzi się z pełnego zanurzenia w miejscu nam przeznaczonym”. Może zatem współczesny kryzys tożsamości bierze się stąd, że boimy się pełnego zanurzenia w miejscu, w którym przyszło nam żyć? Boimy się wypłynąć na głębię i wybieramy dużo łatwiejsze brodzenie po mieliźnie? Może największym problemem naszych czasów jest lęk?

Myślę, że lęk z pewnością, ale przed czymś, co w jakimś sensie zostało nam odebrane albo zapomniane. W wolnościowym świecie takie głębokie zanurzenie kojarzy się nam z uzależnieniem czy uwiązaniem. Nowoczesny człowiek nie lubi uwiązania do czegokolwiek. Tylko że to nielubienie jeszcze niczego nie rozwiązuje, często okazuje się jedynie mirażem prawdziwej wolności, za który ceną jest głęboka depresja, stająca się w społeczeństwach liberalnych najpowszechniejszą chorobą.

Powiedziałbym tak: w którymś momencie człowiek podążający za głosem dajmoniona, także taki jak Miłosz, odkrywa, że nie pójdzie dalej w zgłębianiu tajemnicy świata, jeśli nie powróci do wspólnoty, że w pojedynkę dalej się pójść nie da, a to, dokąd zaprowadził nas wolnościowy indywidualizm, nie jest jeszcze końcem drogi. Kolejne wrota tajemnic kryją się w życiu wspólnotowym i w sztuce, która tam jest zanurzona. Otóż, my właśnie tego boimy się dzisiaj najbardziej. Powrotu do wspólnoty. Uważamy to za zdradę dawnego modelu artysty niezależnego, samotnie idącego przez życie. Ale ten model utracił już dawny blask. Taki artysta już mnie nie interesuje jako twórca kultury. Dla mnie ważne są tajemnice, jak budować tkankę łączną, jak tworzyć kulturę, która nas zanurza w miejscu i wspólnocie, gdyż obecnie mamy kulturę fajerwerków i eventów. I chyba głównie ze strachu, bo chyba nie bardzo ją jeszcze lubimy.

Pisze pan również, że zbliża się kataklizm, pod wpływem którego „zamilknie rozmowa, a zastąpi ją zwykłe gadanie”. Tę tezę potwierdza rzeczywistość. Ludzie albo milczą obok siebie, albo poddają się słowotokowi, owemu Geschwätz, o którym piszą Benjamin i Celan. Czy można zatem jeszcze wskrzesić dialog? I w jaki sposób?

Myślę, że jak najbardziej. Cały paradoks tej sytuacji polega na tym, że do dialogu nie potrzeba katedry uniwersyteckiej. Dla głębi dialogu naprawdę wystarczy poważne potraktowanie ludzi, z którymi się żyje. Z nimi trzeba próbować taką rozmowę toczyć. Nasze rozmowy prowadzone są głównie z ludźmi, którzy tutaj żyją. Organizując w Krasnogrudzie Pracownię Opowieści, zapraszam oczywiście czasem z Oksfordu Ruth Padel, poetkę i wybitną klasycystkę. Ale ona przysłuchując się prowadzonym przez nas rozmowom, w których biorą udział miejscowi rolnicy i nauczyciele, uważa, że one są fascynujące. Naprawdę nie jest tak, że aby rozmawiać z ludźmi, trzeba udawać głupszego, niż się jest w istocie, a mam przekonanie, że tak się właśnie dzieje. Tak prowadzone są publiczne dysputy. To się bierze z niepoważnego traktowania ludzi i z braku zaufania do siebie nawzajem.

Czy praktyka pogranicza jest możliwa przez dłuższy czas? Czy dialog może stać się normą współżycia inności obok siebie? A może jest w nas coś organicznego, co prędzej czy później nakazuje nam powtarzać Timişoarę, która zamieniła się w Târgu Mureş?

Byłoby to fatalistyczne, chociaż wiarygodne w odniesieniu do lekcji, których udziela nam Historia. Trudno to zatem lekceważyć i dyskredytować. Jest w tym jakaś prawda o nas samych. Gdybym był pracownikiem akademickim albo autorem książek non-fiction, mógłbym się oddać takim fatalistycznym dywagacjom i krytycznemu językowi, ale w praktyce pogranicza język ten jest niewystarczalny. Jest on oczywiście ważny dla budowania etosu pogranicza, jednak ten, kto pracuje na pograniczu, podobnie jak lekarz, nie może sobie powiedzieć, że choroby, z którymi ma do czynienia, są nieuleczalne, że zawsze już będą powracały. Musi być w tym rzemiośle coś bardzo konstruktywnego, co pozwala powracać do trzeźwego spojrzenia i wiary, że uda się znaleźć antidotum, jakąś antybakterię. Ale ta antybakteria musi wytworzyć się w naturalnym środowisku. Woda destylowana na pograniczu jest trująca. Stwarza niebezpieczną iluzję i kompletnie sztuczną sytuację. Stąd most w moim rozumieniu jest przestrzenią, która obejmuje wszystko, także konflikt, nie wykluczając go. Most istnieje dzięki napięciom. Konflikt jest zatem wpisany w jego strukturę. Cała mądrość polega na tym, by umiejętnie rozłożyć owe napięcia tak, by sklepienie mostu nie pękło.

Bywa pan na Śląsku jako uczestnik chorzowskiego „Medium Mundi”. Jaka jest Pana recepcja Śląska?

Śląsk sięga głębiej w moje osobiste życie, gdyż moi dziadkowie znaleźli się po wojnie w Chorzowie. Wszystkie rodzinne święta spędzaliśmy właśnie tam. W Chorzowie spotkałem też moją pierwszą Obcą. Sąsiadką dziadków była Grządzielka, która z trudem mówiła po polsku. Nie rozumieliśmy jej z bratem i baliśmy się. Robiliśmy jej także, jak to dzieci, straszne psoty. Gdy sąsiadka na nas huknęła, to z płaczem biegliśmy do babci, by jej powiedzieć: „Babciu, Grządzielka nas krzywdzi!”. Do dzisiaj pamiętam, jak babcia odsunęła nas wówczas pod ścianę, spojrzała na nas groźnie i powiedziała: „Pamiętajcie, Grządzielka ma zawsze rację”. I pamiętam ten nasz ból, że nasza babcia zamiast przytulić nas mocno, to stanęła po stronie sąsiadki. Oczywiście wiedzieliśmy, że mamy za uszami i że babcia zna prawdę, ale świat rozumieliśmy tak, że skoro jest naszą babcią, to powinna z nami trzymać niezależnie od tego, jakie są fakty. Swoją mądrą postawą babcia sprawiła, że z czasem pokochaliśmy Grządzielkę, która stała się częścią naszej rodziny. Co by jednak było, gdyby babcia wzięła nas w obronę i wychowała w duchu wrogości do „złej sąsiadki”, którą najłatwiej było zranić wyzywając ją od „Niemki”? To była lekcja pogranicza, którą odebrałem na całe życie. Lekcja obejmowania sąsiedztwa jako całości, której każdy jest najważniejszą częścią. Jak u Mikołaja z Kuzy – pogranicze jest kulą i w jakimkolwiek jej miejscu znajdzie się człowiek, zawsze będzie w centrum. Dlatego dla mnie gestem człowieka pogranicza jest obejmowanie, a gest odpychania zaciera jego imię.